Leżała na łóżku i przytulała do siebie swoją zieloną, miękką, puszystą żabę. Nie płakała. Rozmyślała.
Zawsze marzyła o spotkaniu swojej miłości lub chociażby przelotnym zauroczeniu. Chciała poczuć te motylki w brzuchu i znaleźć sens życia. Jak dotąd (a ma już prawie szesnaście lat) jeszcze nie poznała tego uczucia. Chociaż tak bardzo chciała.
Chciała po prostu się zakochać. Patrzeć na świat z radością, cieszyć się życiem, kochać. Ale nie spotkała jeszcze tego, który sprawiłby, że byłaby naprawdę szczęśliwa. Miłość przecież uskrzydla. A ona niestety nie jest w stanie w pojedynkę spełnić swoje marzenie. Potrzebuje JEGO, chociaż nawet go nie zna. I to jest najsmutniejsze. Że nic nie może na to poradzić.
Oddałaby za miłość naprawdę wiele. Bo miłość to najpiękniejsze uczucie jakie istnieje. I z każdym dniem żałuje coraz bardziej, że nie dane jest jej je poznać. Bo dlaczego? Dlaczego jeszcze nigdy nikt jej się nie podobał? Dlaczego jeszcze nigdy w nikim się nie zauroczyła? Co jest z nią nie tak? Dlaczego?
Była jaka była. Dziecinna. Uparta. Egoistyczna. Gadatliwa. Owszem, nie była idealną kandydatką na pierwszą miłość. Ale nie ma ludzi idealnych, to po pierwsze, a po drugie, ma też jakieś zalety, prawda?
Jest inteligentna. Jest przyjacielska i nie lubi się kłócić. Ma duże poczucie humoru. Wybacza. Doradza. Pociesza, choć nie do końca wie jak. Może nie jest ładna, ale miliony brzydszych są kochane. Nie jest dobra, ale miliony gorszych charakterów znalazło miłość.
Dlaczego ona nie? To nagroda czy kara? Ma się cieszyć czy smucić? Sama nie wie, co robić. Tak długo już czeka, szuka. I na co jej to?
Czy warto się starać?
A może miłość wcale nie jest taka wspaniała?
Może miłość to tęsknota i cierpienie?
Szukać dalej czy dać spokój?
Walczyć czy wywiesić białą flagę?
Czy miłość naprawdę jest warta tyle zachodu?
Le Mie Storie
piątek, 1 lutego 2013
sobota, 5 stycznia 2013
opowiadanie2.
Miał być to prolog do nowego bloga, ale jakoś mi się odechciało.. mój zapał ostygł... ;/ Więc przerobiłam na krótkie opowiadanie. Może Was zainspiruje. ^^ Hahah. ;D Miłego czytania. ;)
Poznaliśmy się w sposób naturalny. Nie przez portal typu "eDarling", nie przez "randkę w ciemno", nie przez swatanie z kuzynem znajomego przyjaciółki siostry. Nie. Poznaliśmy się na uczelni.
Trafiliśmy do jednej klasy na politechnice poznańskiej. Okazało się, że mieszkamy w jednym mieście, stosunkowo niedaleko (jakieś 20 kilometrów) od siebie. Nieprawdopodobne, że jeszcze nigdy się nie spotkaliśmy (pomijając fakt, że Poznań to kilkusettysięczne miasto), czyż nie?
Byliśmy razem na wydziale biol-chem, kierunek - neurochirurgia. Ja i krojenie ludzi - sama się sobie dziwię, że jednak zdecydowałam się na te studia. Ale nie żałuję z dwóch powodów. Pierwszy - ten fach mnie naprawdę pociąga i jestem wdzięczna wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że jestem już na trzecim roku, pomimo wcześniejszych dylematów. A drugim powodem jest ON.
Ten, przy którym jestem tak naturalna i szczera, jak przy nikim innym (nawet przy same sobie). Ten, którego uśmiech powoduje pojawienie się mojego. Ten, w którego oczach widzę całą jego duszę i swoje odbicie. Ten, który pokochał mnie. Ten, którego pokochałam ja.
Nie jest on żadną sławną gwiazdą ani rozchwytywanym milionerem. Podobnie jak ja, pochodzi ze zwykłej rodziny, której nazwisko reprezentuje bez jakichkolwiek zobowiązań. Jest człowiekiem, który zna i radość, i smutek. Jest po prostu prawdziwym człowiekiem.
Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia.... Hahah... A przynajmniej nie z mojej strony. Więc jak to właściwie się zaczęło?
Poznaliśmy się w sposób naturalny. Nie przez portal typu "eDarling", nie przez "randkę w ciemno", nie przez swatanie z kuzynem znajomego przyjaciółki siostry. Nie. Poznaliśmy się na uczelni.
Trafiliśmy do jednej klasy na politechnice poznańskiej. Okazało się, że mieszkamy w jednym mieście, stosunkowo niedaleko (jakieś 20 kilometrów) od siebie. Nieprawdopodobne, że jeszcze nigdy się nie spotkaliśmy (pomijając fakt, że Poznań to kilkusettysięczne miasto), czyż nie?
Byliśmy razem na wydziale biol-chem, kierunek - neurochirurgia. Ja i krojenie ludzi - sama się sobie dziwię, że jednak zdecydowałam się na te studia. Ale nie żałuję z dwóch powodów. Pierwszy - ten fach mnie naprawdę pociąga i jestem wdzięczna wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że jestem już na trzecim roku, pomimo wcześniejszych dylematów. A drugim powodem jest ON.
Ten, przy którym jestem tak naturalna i szczera, jak przy nikim innym (nawet przy same sobie). Ten, którego uśmiech powoduje pojawienie się mojego. Ten, w którego oczach widzę całą jego duszę i swoje odbicie. Ten, który pokochał mnie. Ten, którego pokochałam ja.
Nie jest on żadną sławną gwiazdą ani rozchwytywanym milionerem. Podobnie jak ja, pochodzi ze zwykłej rodziny, której nazwisko reprezentuje bez jakichkolwiek zobowiązań. Jest człowiekiem, który zna i radość, i smutek. Jest po prostu prawdziwym człowiekiem.
Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia.... Hahah... A przynajmniej nie z mojej strony. Więc jak to właściwie się zaczęło?
opowiadanie1.
Stałam, opierając się o ścianę, i wpatrywałam się w swoje buty, starając się nie zwracać na siebie niczyjej uwagi. Obok mnie przechodzili różni ludzie, którzy zmierzali różnymi ścieżkami do różnych celów. A ja stałam i czekałam, aż drzwi na końcu korytarza otworzą się z lekkim piskiem, wychyli się z nich pani reżyser i wyczyta moje nazwisko.
Nie byłam jedyną nieśmiałą osobą w tamtym pomieszczeniu. Większość obecnych "młodych artystów" była otwarta i pewna siebie - uśmiechała się, rozmawiała ze sobą, żartowała, ale mimo tego znalazło się tu miejsce dla garstki zamkniętych w sobie osób, które dopiero na scenie czują się naprawdę szczęśliwe. Zaliczałam się do tej grupy. Scena była dla mnie wybawieniem - miejscem spełnionych marzeń i najpiękniejszych wspomnień, miejscem, w którym uwielbiałam przebywać i do którego chciałam wracać, miejscem, w którym czułam się spełniona i szczęśliwa. Scena była moim ziemskim rajem.
Stałam tak i rozmyślałam, gdy nagle zauważyłam, że jedna osoba z grupy "otwartych" odłączyła się od reszty i przygląda mi się z zaciekawieniem. Po chwili jednak zorientowałam się, że ową "ciekawość" wzbudził mój nietypowy gadget, który trzymałam w dłoniach. Był to polaroid - niezbyt często spotykane w dzisiejszych czasach urządzenie. Poczułam nagły przypływ smutku i rozczarowania. Już, już miałam nadzieję, że w tym obojętnym, szarym świecie znalazła się osoba ciekawa świata i ludzi, ale przedwcześnie się ucieszyłam. Odwróciłam wzrok od "ciekawskiego", jakbym wcale nie zauważyła jego zainteresowania i rozglądałam się po sali, zatrzymując na chwilę wzrok na każdej osobj, która wydawała mi się ciekawa, ale nikt nie odwzajemnił mojego spojrzenia.
Czułam się coraz bardziej przygnębiona i samotna. Pocieszałqm się jedynie myślą, że większości obecnych w tej sali osób, których na chwilę obecną w ogóle nie znam i którym jestem całkowicie obojętna, nie będę musiała już nigdy oglądać. Mimo, że z nikim nie zamieniłam nawet słowa, miałam dość towarzystwa "artystów".
Nagle usłyszałam lekki pisk otwieranych na końcu korytarza drzwi. Zauważyłam, jak wychyla się z nich pani reżyser i wyczytuje czyjeś nazwisko. Moje nazwisko. Poprawiłam ciążącą mi na ramieniu torbę i podążyłam w kierunku otwartych drzwi. Czułam na sobie spojrzenia wszystkich obecnych w sali, ale nie odwróciłam się. Weszłam do ciemnego pomiezzczenia i zamknęłam za sobą drzwi.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)